Gramy wyłacznie na żywo!
Irek Dudek

Shakin` Telegram

Jeśli chcesz być powiadamiany o najważniejszych depeszach dotyczących Shakin Dudi, skrupulatnie przygotowy- wanych przez Dział Propagandy i Czarnego P.R., zapisz się na Shakindudowy Telegram!

Zamawianie koncertów
Koncert Shakin Dudi

Depesze

I po Rawie!

06-10-2008 | dusza

I po Rawie!

Wbrew opiniom sceptyków i ortodoksów, Shakin Dudi został doskonale przyjęty przez bluesową publiczność festiwalu Rawa Blues. Było fajnie, my też się doskonale bawiliśmy. Na Youtube pojawił się też fragment naszego koncertu, taki nieautoryzowany bootleg :). A tutaj znajdziecie filmik z utworem "Goście idą" Z kolei w Dziale Ukryta Kamera można znaleźć dwa awangardowe i odjechane teledyski The Dudis: "Miasteczko N." i "Wykonaj to własnoręcznie". Nadzwyczajnym zainteresowaniem cieszy się też "Ziuta Blues", biografia Irka - można ją kupić tu. A na zachętę i podpuchę parę fragmentów...

Marcin Babko "Ziuta Blues":

Po koncercie The Animals (w katowickiej Hali Parkowej w 1965 roku) Irek Dudek i Maciek Radziejewski postanowili, że muszą mieć własną aparaturę nagłośnieniową. Ale nie mieli pieniędzy.

- I najpierw to nam się udało… Zdradzam tajemnicę, ale trudno: na placu przed Pałacem Młodzieży były dwa głośniki, w takich tubach, 25-watowe. I udało nam się jeden ściągnąć w nocy, zanieść do piwnicy Maćka, wykręcić głośnik, zrobić kolumnę… została tylko pusta obudowa. Ale co tam jeden głośnik. To za mało. I Maciek wymyślił, że pierwszego maja w parku Kultury i Wypoczynku na głównej alei zawsze wisi jakieś dziesięć głośników, że jak to ściągniemy, to już jest nieźle. Namówiliśmy Andrzeja Herko, który grał z nami na organach. I jeszcze trzech chłopaków ze szkoły. Ukradliśmy z jakiejś budowy długą drabinę. Weszliśmy z nią do tramwaju, do szóstki. Ale w parku nie dało się głośników wykręcić z tych tub, a one były wielkie. Grube śruby, a tuby połączone kablami. Nas było sześciu, więcej nie mogliśmy unieść jak sześć. Zaczęliśmy pakować je na głowy, bo chcieliśmy do tramwaju z tymi głośnikami wejść. Ja szedłem ostatni i nagle ktoś tak mi przywalił w plecy, że padłem. Reszta uciekła, a mnie chwycili… Milicja. Komisariat był przy stadionie. No i co jest grane: „Teraz posiedzisz sobie, frajerze. Sprawa polityczna”. To przecież było przed 1 Maja. Pękłem od razu. Mówię, że miałbym taką informację, że ja to robiłem z takim chłopcem, którego tata jest szefem milicji. A w międzyczasie moja mama mnie szukała i Maciek puścił farbę, że mnie zatrzymali i tata Maćka, komendant, zadzwonił, żeby mnie postraszyli. No i mnie zawieźli na izbę zatrzymań. Tam dopiero było… Jakoś przespałem się do rana i z powrotem na komisariat, tam już czekali moi rodzice. Mama mnie wystrzelała po mordzie… Puścili mi to płazem, a mogłem nieźle wylądować. No ale nie było skąd wziąć tych głośników… Tamtych pięć głośników chłopaki zostawili w parku, jak uciekli. I na 1 Maja nic nie działało. Milicja mogła to potraktować jak sabotaż polityczny. Nawet jakbym powiedział, że byłem na koncercie Animalsów i chciałem mieć taką aparaturę… Ale dlaczego przed 1 Maja? Nikt by w to nie uwierzył – śmieje się po latach.

Irek poszedł do Maćka Radziejewskiego, żeby podziękować jego ojcu za pomoc. Ten pytał: „Przyznajcie się, czy wyście przypadkiem nie ukradli głośników pół roku wcześniej z Pałacu Młodzieży?”. Nie przyznali się. Za to Maciek powiedział Irkowi, że przez cały czas trzymał pustą tubę w piwnicy. Dobrze, że jego ojciec nigdy nie chodził po kartofle…

 

 

W roku 1980 Irek Dudek po raz pierwszy (i jedyny) wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Leciał do kraju bluesa, kolebki swojej ukochanej muzyki. Ale nie jechał tam jako muzyk bluesowy.

- Jeszcze jako Irjan siedzieliśmy w Łodzi i nagle przychodzi Boguś Kisiel i mówi, że jedziemy do Stanów. Piotr Janczerski (wokalista m.in. grup Niebiesko-Czarni, No To Co i Bractwo Kurkowe) jechał ze swoim Bractwem, a my mieliśmy tam robić taką inscenizację „Wieczerza wigilijna na dworze księcia Radziwiłła”. Mówię: „Kurde, daj spokój, przecież siedzimy tutaj, mamy swoją kapelę. Jakie Stany? Tym bardziej że się okazało, że oni nie potrzebują gitarzysty, więc Robert Gola musiał zostać. Ale w końcu postanowiliśmy jechać. Powiedziałem Goli, że jedziemy tylko kupić sprzęt i za miesiąc wracamy. Nie bardzo mu się to podobało, ale co miał robić – opowiada Irek.

W wigilijnej inscenizacji Dudek był… pastuszkiem grającym na skrzypcach. Podczaszym był Lucjan Czerny, a Radziwiłła grał znany aktor, Aleksander Fogiel (m.in. Maćko z Bogdańca w Krzyżakach Aleksandra Forda).

- Graliśmy m.in. po kościołach pastorałki i kolędy z Piotrem Janczerskim. Piękną rolę miał Aleksander Fogiel. Grał rolę Radziwiłła, rubaszną postać… tylko jeść, pić i używać. Ja byłem jako wierny sługa księcia Radziwiłła. Cały czas za mną krzyczał: „Chodź no tu, cholera jasna, gdzie ty łazisz?! Siadaj tu, Lucek! Na scenie gramy krótką rolę, ale ty jesteś jeszcze ze mną potem w garderobie, ściągaj mi buty! Gdzie wy wszyscy łazicie?”. „Panie Alku, pan wie, że po imprezie jest jeszcze spotkanie z Polonią, no i wszyscy jeszcze dają po 10, 5 dolarów”. „Dolary dają?! A ja siedzę w tej piwnicy i nikt tu nie schodzi. To wy tam chodzicie po pieniądze, a mówicie, że po autografy”– wspomina Lucjan Czerny.

- Śpiewaliśmy kolędy dla Polonii, bo to był okres świąt. Graliśmy też jako Bractwo. Stany żeśmy zwiedzili, Kanadę. Byliśmy w Chicago, Nowym Jorku i Toronto. To trwało ponad miesiąc - Dudek nie zalicza tego wyjazdu do najbardziej chwalebnych momentów artystycznych swojego życia, ale podkreśla, że sprawdził się w Ameryce także jako bluesowy harmonijkarz:

- W Chicago spotkałem Lady Blues: brzydka jak noc. Ktoś jej powiedział, że tu chop gra na harmonijce. Przyszła i mówi do mnie: „To chodź, jedziemy do klubu, pograsz sobie na jam session”. No i pojechaliśmy, a w tym klubie nie było nawet pełnej aparatury. Tam byle co stało. No ale bardzo się tam spodobałem. Ona zadzwoniła nawet do jakiegoś radia bluesowego, że tu jest Polak grający na harmonijce.

- Siedzieliśmy w tym klubie i Irek czekał na swoją kolej. Był zapisany przez barmana. Barman miał swój mikrofon i prowadził zabawę w dobieraniu muzyków. A Irek zapomniał, że jest w kolejce. Dostawaliśmy piwo na galony. Oczywiście harmonijkę wrzucił do piwa, to już potem nikt nie chciał tego pić. Bo najpierw do niej napluł, nadmuchał i ona się moczyła, to sam się już później częstował. Jak ją potem wydmuchał, to widziałem że tylko szła piana, jak koniowi z ryja. Ale jak poszedł w ten mikrofon, jak się rozhuśtał… Zaskoczył mnie, bo pięknie zagrał. Bardzo się podobał. Dziewczyna się pojawiła, przepięknie ozdobiona tysiącem pierścionków, i ta dziewczyna zaprosiła Irka do radia. Dla nas, ludzi zza żelaznej kurtyny, było to novum. Jak to do radia? Przecież jest cenzura, a tu nagle facet przychodzi i już jest na antenie… Irkowi śmigło się zakręciło. Miał inną wizję już później, po tej Ameryce – wspomina Czerny.

- Potem druga sytuacja: w Nowym Jorku w hotelu mieszkaliśmy ponad tydzień. Jeden spektakl czy dwa zagraliśmy i potem było parę dni wolnych. W pokoju nuda. Schodzę raz na dół do baru, a tam taka czarna grała na pianie bluesa, ludzie jej za to po dolarze czy pięć dawali. Poleciałem na górę po harmonijkę, zapytałem, czy zagramy, a ona mówi: „No jasne!”. Ludzie nawet zainteresowani byli, pieniędzmi sypali. Ona się chciała dzielić ze mną. Może jakbym był na trzeźwo, to bym wziął, ale tak to wielki chojrak: „Mnie tam szmalec niepotrzebny”. Tak sobie pograłem. A ci muzycy moi, co tam z nimi byłem, też mieszkali na górze i nawet nie schodzili na dół, bo cały czas mieli w głowie przelicznik, że jeden dolar to jest 100 zł. Zapłacić za drinka trzy czy pięć dolców, to jest 500 zł – kto to widział? Więc jak grałem, to oni wszyscy zleźli i nawet nie usiedli przy barku, tylko stanęli, posłuchali i poszli dalej. Bo wiedzieli, że jak usiądą, to muszą coś zamówić. A ja za to granie mogłem sobie tam pić – mówi Dudek.

Po powrocie ze Stanów w tym samym składzie i z tym samym programem wszyscy pojechali na półtora miesiąca do Związku Radzieckiego.

- To był świat iluzji. Sprzedawało się mikrofony, głośniki. Potem wracał do Polski sprzęt szyty, podrabiany, same opakowania. Na ostatnim koncercie we Lwowie, Janczerski się już za głowę łapał, bo perkusista zamiast czyneli miał od jakiegoś misia oderwane talerzyki. Tak mu się zestaw zmniejszył… – ujawnia Czerny.

- W Rosji ożenić to, co się kupiło w Stanach, wzmacniacze, wszystko, i kupić za to jakieś szmaragdy, brylanty i do Polski – tłumaczy Dudek. To był jeden z przełomowych momentów jego życia. Zarobić za granicą było łatwo. Wystarczyło zmontować odpowiedni, własny skład i kursować między Stanami i Rosją, grać i handlować. Więc się skusił.

- Lucek Czerny powiedział, że mamy kontrakt, że można jeszcze raz do Stanów jechać. Więc może pojedziemy tam do klubów, jak wszystkie kapele rockowe. Zrobiliśmy zespół: basista Bogdan Kisiel, perkusista Henryk Onysek, pianista Stasiu Witta, ja i na gitarach Maciek Radziejewski i Robert Gola, bo żeśmy przecież wcześniej obiecali Goli. I nagle sobie myślę: mam swój wiek i nie mam żadnych perspektyw, tu jest cały czas komunizm, a te Stany trochę błyszczą. Rodzice już starsi, może należałoby coś zarobić.

- Nawet sesję fotograficzną mieliśmy. Bo agent chciał zobaczyć, jak zespół wygląda. Miały być bardzo duże pieniądze. Dolar miał straszne przebicie. Każdy chciał pojechać, żeby zarobić. Ale nie wyszło – wspomina Stanisław Witta.

- Od jesieni 1979 aż do wiosny 1980 roku przygotowywaliśmy się do wyjazdu. Powstał zgrany zespół, dobra ekipa muzyczna. Pojechaliśmy na przesłuchanie do Pagartu. Tam nas zaraz opierdzielono, że za głośno. Obiecaliśmy korektę i dostaliśmy kontrakt do knajpy w Chicago. Parę miesięcy jeździłem do Pagartu jak Dziadek Mróz z prezentami. Tam się dowiedziałem, że właściciele polskich lokali wymagają od zespołu, żeby balował z emigracją: na tej podstawie przedłużają kontrakt. Wiadomo, że jak słowiańskie dusze zaskoczą alkoholowo, to zostawią całą tygodniówkę w barze. Muzycy w Polsce nie wylewali za kołnierz… Ale myśmy jechali z bluesową misją. Mieliśmy wielkie plany. Wpadłem na pomysł, że może jak wszyjemy sobie esperal i pokażemy bliznę na dupie, to dadzą nam spokój. Poszliśmy z Irkiem do Domu Zdrowia na Mickiewicza w Katowicach. Myślałem, że lekarz robi to każdemu osobno, ale on jak w fabryce: dwa stoły operacyjne, a my obok siebie. Mogliśmy się trzymać za ręce ze strachu. Dwie gołe świecące dupy skierowane w sufit, a lekarz ciął i pakował pastylki. Bolało kurewsko. To miało wystarczyć na rok. Ale do wyjazdu nie doszło, zespół się rozleciał, a pastylki zostały. Irek wytrzymał chyba sześć miesięcy. Znał zawodowców, którzy mu wytłumaczyli co i jak, żeby bez szkody dla zdrowia przechylić kielonka. Ja się strasznie męczyłem i chyba w jedenastym miesiącu poleciałem – opowiada Maciej Radziejewski.

- No i pojechaliśmy na przegląd do Pagartu, ale graliśmy za bardzo rockowo i nas odrzucili. I dobrze, bo nie wiedziałem, jak się zwolnić z tej kapeli. Prym wodził Maciek Radziejewski. On jeździł do Pagartu, dawał koniaki. Mnie to mierziło. Wiedziałem, że nawet jak zagramy w tym lokalu w miarę perfekcyjnie, to ludzie tego nie będą chcieli. Taka tam publika była. My zrobimy coś, co nie będzie ambicją dla nas, ale również coś, co nie jest sprzedawalne… Od tego czasu żadna Ameryka mnie nie interesuje. Powiedziałem: „Tu zrobia Ameryka”. Robię tu największy festiwal bluesowy. Piwnicę bluesową uruchomię. Robię festiwal. Najpierw Pałac Młodzieży. Zaprosiłem Ryśka Skibińskiego, Pawła Ostafila, Elę Mielczarek. I ja wtedy zagrałem, Kwadraty mi podegrały – tak Irek wspomina genezę festiwalu Rawa Blues.

Tę wersję potwierdza m.in. perkusista Andrzej Ryszka: - Pamiętam, jaki Irek był podekscytowany po powrocie z Ameryki. Siedzieliśmy w Pulsie, a on opowiadał. Wszystko mu się tam podobało. Ale nie dziwię się, że nie pojechał nigdy więcej do Stanów. On Amerykę przywiózł wtedy ze sobą. Rawa to była jego Ameryka. Tyle że tu, w Polsce.

 

 

Pod koniec roku 1984, podczas jam session w warszawskim klubie Akwarium, na scenie pojawił się z kolei słynny trębacz, Tomasz Stańko. O tym koncercie pisał „Express Wieczorny”: „Niezapomniany wieczór. Nareszcie ożyło Akwarium. Brawo Dudek”.

- Pod jednym szyldem grają jazzmani, rockmani i punkowcy. Wszyscy oni przechodzą szkołę prostoty bluesa, rytmu, feelingu. To nie ja ich scalam, to scala ich hasło „blues” – mówił muzyk.

- Graliśmy swoją sztukę, Stańko się pojawił i chciał z nami zagrać. Z tym że Stańko był po trawie dość poważnej, a Dudek po gorzale. Ludziom się bardzo podobało. Tam byli wszyscy nawaleni. Krzysiek Głuch leżał w szafie i nie dało się go ruszyć. Nawalony jak stodoła. Pod Akwarium stała policja i on wcześniej do nich podszedł i mówi: „Chłopaki, to może na melyne pojechalibyśmy?”. A oni, że oczywiście. No i pojechali. Kupił tam dwie flachy. Jak jechali z powrotem, to pyta, czy mają jakiś kieliszek. Mieli. On im polewa, a kierowca pyta: „A co to ja, chory?”. Musiał mu setę nalać. Przyjął setę i odwieźli Głucha do Akwarium… A granie trwało chyba ze trzy godziny. W końcu Irek mówi do mikrofonu: „Idźcie już do domu, kurwa twa”. I nikt się nie obraził – opowiada gitarzysta Grzegorz Kapołka.

- Ze Stańką granie wyglądało tak, żeśmy z Głuchym poszli i chyba z Lakisem przypadkiem do niego i zrobiliśmy razem chyba po setce i potem tam oni jeszcze coś przyjęli i Stańko wziął trąbkę… była bardziej maligna. To znaczy grali bardzo fajnie, przyjęcie było bardzo fajne, ale ten koncert tak naprawdę się nigdy nie skończył. Ktoś grał, ktoś jeszcze… końcówkę pamiętam, że Głuchy grał, leżąc na pianinie, Stańko wydawał z siebie długie dźwięki… pełen luz… ludzie nie chcieli wyjść. Ale tak to tylko pozwalaliśmy sobie w klubie – wspomina gitarzysta Darek Dusza.

Sam Stańko, najsłynniejszy obecnie polski jazzman, tego wieczoru po prostu nie pamięta.

- Chyba coś tam razem graliśmy. Nie bardzo pamiętam już, ale coś musiałem grać. To były czasy dość ciemne w moim życiu. Bywałem w tych okolicach, znałem Skrzeka, Antymosa, Dudka. Ale z tamtych czasów mam raczej plamy niż konkretne wspomnienia. Obaj mamy plamy – śmieje się Stańko.

Dudek przytakuje: on też wspólnego grania ze Stańką nie pamięta… Zachowały się tylko wspólne zdjęcia muzyków, wydrukowane m.in. w „Jazz Forum” ze stycznia 1986 roku i wywiad w tym samym numerze (z Dudkiem na okładce), w którym muzyk opowiada o harmonijkowo=trąbkowych dialogach w Akwarium i chwali się, że Stańko zaprosił go na swoją nową płytę. Do takich nagrań nigdy jednak nie doszło.

-  Irka nie lubili, bo był szczery. Było parę dymów. Komuś przybluzgał, na bani, od chałturników. On jest bardzo zasadniczy. Raz chyba nawet w dziąsło dostał od jednego gitarzysty… Jego intencją było, żeby grać swoje. A niektórzy różne myki robili. Natomiast do pewnych ludzi zawsze miał szacunek. Jest dość kategoryczny w takich osądach. Ja jestem podobny, ale trzymam gębę na kłódkę, a on czasem chlapał. W tamtych latach były festiwale, na których można było zagrać i takie, na których nie należało, jak np. na Festiwalu Piosenki Radzieckiej – tam mimo silnych nacisków nie zagraliśmy. Niby głupie mówienie, że dla tych komunistów nie będziemy grali, kiedy wszystko było komunistyczne, ale ludzie wtedy czuli jakieś subtelne różnice. W Jarocinie można było zagrać, w Opolu też, ale w Zielonej

Górze nie. Tak się wtedy odbierało świat. Jak ktoś chciał coś robić, to gdzieś musiał grać. A z Shakin’ Dudi niemożliwe było występowanie po kościołach. Tak jak się niektórym aktorom udawało i dzięki temu mogli przetrwać i bojkotować telewizję… – tłumaczy Dusza.

- W Zielonej Górze był Festiwal Piosenki Radzieckiej. Zadzwonili do mnie. Powiedziałem, że nie zagram. „Dlaczego?”. Mówię, że to jest Festiwal Piosenki Radzieckiej, a ja gram muzykę amerykańską. „Ale wie pan, to się już zmieniło. Tam Republika gra”. Mówię, że mnie to nic nie obchodzi. Nigdy nie należałem do żadnego stowarzyszenia, więc nie mieli mnie jak cisnąć. No, ale zapomniałem o Pagarcie (Polska Agencja Artystyczna, organizująca polskim artystom koncerty za granicą). Zadzwonili z Zielonej Góry do Pagartu, czy mnie znają i czy mnie mogą namówić. Dyrektor sekretarce najpierw kazał zadzwonić. Potem sam dzwonił. Ja szybko, ciach, do Ligoty, do szpitala się położyłem, na trzustkę niby. Miałem znajomych lekarzy. Udawałem, znałem objawy. I nie pamiętam, czy oni przyjechali do Katowic, czy nie. Ale doszła do mnie informacja, że „oni mi jeszcze pokażą”. No i faktycznie. Z Shakin’ Dudi za granicą za bardzo nie byliśmy. Ta kapela prócz jednego razu w NRD i Czechosłowacji nigdzie nie wyjechała. Jeszcze byliśmy w Rosji, ale tam każdego brali. A przecież byliśmy ciągle na topie. Inni jeździli dla Polonii grać… Dopiero potem zrozumiałem dlaczego: bo nie zagrałem w Zielonej Górze. Zadzwonili, żeby nas w Pagarcie na czarną listę wrzucić i tyle.

Przyszedł raz jeden chłop i mówi, żebyśmy jechali do Stanów grać dla Polonii. Mówi: „W pierwszej części zagracie swoje numery, a w drugiej będziecie występować jako zespół Heleny Vondraczkovej”. Myślałem, że go przez te okno wyciepnę – wspomina Dudek i dodaje: - Kiedyś zadzwonili, żebyśmy zagrali w Wałbrzychu, na imprezie, gdzie młodzi komuniści wręczali sobie nagrody. Akurat grałem wtedy na Famie. Próbowałem najpierw ślisko, że nie możemy, bo mamy wtedy inny koncert. Ale naciskali. Powiedziałem, że jak wyślą trzy czarne mercedesy, to pojedziemy. Mało się nie zgodzili. Już mówili, że tak. Więc mówię, że nie, że teraz chcę dwa helikoptery. No i już mnie mieli za głupka.

To często pomagało. Raz w Gdańsku poszliśmy z Krzyśkiem Głuchem do Wałęsy. Jeszcze jak w bloku mieszkał. Sprzed drzwi nas cofnęli. Chcieliśmy mu pogratulować. Uścisnąć dłoń. To był buntownik, my też. Ożarci, z flachą, do Wałęsy. Głuch miał odjazd taki jak ja. Myśmy się nawzajem stymulowali. Ale otoczyli nas cichociemni i mówią: „Shakin’, spadaj stąd i to szybko”. Mieliśmy takie odloty…

Dudek wspomina też film fabularny, który miał powstać na kanwie jego życia i twórczości. - Dwóch scenarzystów mnie gdzieś dorwało, że chcieliby fabułę ze mną zrobić. Powiedziałem, że tylko jeżeli będę miał wpływ na to, co będzie w filmie. Zacząłem im opowiadać o młodości, o tych jabolach. Oni notowali. Myślałem, że to będzie prawdziwy film. Szefem studia filmowego był reżyser Janusz Morgerstern. Mieliśmy spotkanie. Przywitał mnie miło, że im zależy. Sugerowałem, żeby był młody reżyser, z jakąś wizją, z pomysłem. Żeby nie było popeliny. Potem się nagle okazało, że reżyserem miał być Janusz Rzeszewski (reżyser m.in. filmu Halo Szpicbródka). On siedział w innym klimacie. Ja go nie chciałem obrażać. Jeszcze wtedy nie widziałem scenopisu i dialogów, ale już mnie to trochę ziębiło. Zadzwoniłem: „Panie Januszu, czy pan te klimaty… przecież pan nigdy nie robił takich filmów”. Powiedział, żebym się nie bał, że on to zrobi dobrze. Już miałem obawy, no ale jak dostałem scenariusz, dialogi, scenopis, to się wściekłem. Chcieli ze mnie matoła zrobić. Jakimś językiem nieswoim się posługiwałem. Trochę cwaniaczyłem, taki kozak. Dyrektorem byłem przedsiębiorstwa. A Dusza miał na obrabiarce robić…

- Irek miał być dyrektorem – pasjonatem gry na harmonijce. Prawdziwy bluesman w socjalistycznej rzeczywistości – przypomina sobie ze śmiechem Dusza.

- Zadzwoniłem i powiedziałem, że nie. Afera się zrobiła, bo już budżet był ruszony. Ja w zaparte poszedłem, powiedziałem: „Nie. Z siebie głupka robił nie będę”. Dla nich to było niezrozumiałe, bo obojętnie do jakiego bigbitowca by zapukali, to zaraz gra. Obojętnie czy umie, czy nie. Tak się stało, może dobrze. Przeszedł mi Hollywood koło nosa. Czy raczej Hollyłódź… Umiejętnością jest przez życie przechodzić i dobrze odmawiać. Nie być pazernym. Miałem okres paru lat na topie. Wydzwaniała telewizja. Wszyscy mnie znali. Gdybym nie odmawiał… 70 procent propozycji odmawiałem. Gdybym tego nie robił, to by było tak, że otwierasz lodówkę, a tam Dudek.

IrekDudek.pl Rawa Blues Festival
Copyright © 2004-2014 Shakin' Dudi
webdesign / cms / admin: Remigiusz Orowski